Autobusy zapłakane deszczem
wożą ludzi od siebie do siebie,
po błyszczącym mokrym asfalcie,
jak po czarnym gwiaździstym niebie
Od tygodnia leje w mym mieście,
ścieka wilgoć po sercu i palcie,
z autobusu spłakanego deszczem
liczę gwiazdy na mokrym asfalcie.
Do łezki łezka,
aż będę niebieska
w smutnym kolorze blue,
jak chłodny jedwab,
w kolorze nieba
zaśpiewa kolor blue.
Autobusy zapłakane deszczem
jak ogromne polarne foki,
wyszukują w deszczu swe miejsca
wydmuchując pary obłoki.
Po zmęczonych grzbietach ich dreszczem
przelatują neonów błyski,
autobusy zapłakane deszczem
mają takie sympatyczne pyski.
Do łezki łezka...
A gdy padać przestanie w mym mieście,
gdzie się ze swoim smutkiem pomieszczę,
autobusem zapłakanym deszczem
tam pojadę, gdzie pada wiecznie.
Do łezki łezka, aż będę niebieska...
Mary Lou miała buty z podłej skóry.
Mary Lou cztery klasy bez matury.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała styl.
Mary Lou lat szesnaście chyba miała.
Mary Lou by dwóch naraz pokochała.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała styl.
Mary Lou, dwa wesela, dwa bukiety.
Mary Lou, dwie orkiestry, dwa bufety.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała styl.
Wybaczcie jej, przebaczcie jej.
Nie miejcie za złe tego jej.
Wybaczcie jej, czy wybaczycie jej?
Mary Lou, wszyscy ludzie w oknach stali.
Mary Lou, gdy ją z miasta wyganiali.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała styl.
Mary Lou, chciała z nimi wypić jeszcze.
Mary Lou, ocipiała, jak na wietrze.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała styl,
lecz niezły miała styl,
lecz niezły miała styl.
Wybaczcie jej, przebaczcie jej.
Nie miejcie za złe tego jej.
Wybaczcie jej, czy wybaczycie jej?
Mary Lou, odchodziła już o świcie.
Mary Lou, nie szedł za nią nawet szpicel.
Lecz nienajgorszy miała styl,
lecz niezły miała, lecz niezły miała,
lecz niezły miała styl.
hej,
gorzej być nie może
więc czemu by nie
rozluźnić się?
i na lekkim rauszu
w pozycji na wznak
poczekać na cud...
gorzej byc nie może
nie może i nie będzie
myślę o papajach
i leżąc na wznak
czekam na cud...
żyję jak król
nawet mam swój tron
starty plusz, w kolorze krwi
i berło mam
z tramwajowej szyny.
lokaj szczur
poda mi
kartę kwaśnych win
będę pił
zdrowie dam,
których czasem brak...
koty zamiauczą mi do snu pieśń
i zasnę, wpatrzony w sufit
z czarnego jak smoła nieba...
hej,
gorzej byc nie może...
jestem stróżem
tajemnic ludzi
ostatnim "który wie"
obsceniczne fotografie,
tajne akta - trafiają tu.
straszne rzeczy,
doprawdy straszne...
sodoma, syf i gomora bracie
aż się jeży włos!
wciąż pamiętam
zapach twój
malinowy
zarys ust
silny uścisk
twoich ud
i kształtne piersi
istny cud...
hej,
gorzej być nie może...